11 września 2026 19:00
Program
Piotr Czajkowski Koncert skrzypcowy D-dur, op. 35
Georges Bizet I i II Suita z opery „Carmen” (wybór)
George Enescu I Rapsodia rumuńska A-dur, op. 11
Wykonawcy
Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lubelskiej
Voytek Proniewicz – skrzypce
Tadeusz Wojciechowski – dyrygent
Opis
Wiosna 1878 roku nad Jeziorem Genewskim miała przynieść Piotrowi Czajkowskiemu upragniony spokój po katastrofalnym, zakończonym załamaniem nerwowym małżeństwie z Antoniną Milukową. To właśnie w szwajcarskim Clarens, w atmosferze emocjonalnego uzdrowienia, narodził się jeden z najwspanialszych i najtrudniejszych koncertów skrzypcowych w historii. Czajkowski, choć sam nie grał na skrzypcach, stworzył partię solową o tak bezwzględnych wymaganiach technicznych, że pierwotny dedykant dzieła, Leopold Auer, uznał ją za niewykonalną i odmówił prawykonania. Premiera w Wiedniu skończyła się skandalem, a wpływowy krytyk Eduard Hanslick pisał z oburzeniem o „muzyce, którą słychać, jak śmierdzi”. Czas zweryfikował te niesprawiedliwe oceny – dziś Koncert skrzypcowy D-dur stanowi absolutny filar światowego repertuaru.
Sekret tego dzieła tkwi w idealnej równowadze między symfonicznym rozmachem a intymną, wręcz bezbronną emocjonalnością. W otwierającym Allegro moderato wirtuozowska partia skrzypiec napędza dramaturgię utworu – liryczny szept w jednym impulsie ustępuje miejsca potężnej ekspresji. Serce koncertu bije w środkowej Canzonetcie. Ta pieśń – wysnuta przez grające z tłumikiem skrzypce na tle ciemnych barw instrumentów dętych drewnianych – nasycona jest głęboką melancholią. Nastrój ten zostaje gwałtownie przerwany przez finałowe Allegro vivacissimo. To żywiołowa część oparta na porywającym ludowym tańcu – trepaku, w której solista i orkiestra nie rywalizują ze sobą, lecz prowadzą pełen pasji dialog aż do triumfalnej kulminacji.
Mało który kompozytor zapłacił za swoje arcydzieło tak wysoką cenę jak Georges Bizet. Premiera Carmen w paryskiej Opéra-Comique w 1875 roku wywołała obyczajowy skandal. Mieszczańska publiczność była zgorszona drastycznym realizmem, brutalnością namiętności i postacią robotnicy z fabryki cygar, która ponad wszystko stawia własną wolność. Wycieńczony pracą i załamany chłodnym przyjęciem krytyki Bizet zmarł na atak serca zaledwie trzy miesiące po premierze. Nie dożył momentu, w którym jego dzieło podbiło świat – nie tylko ze sceny operowej, ale i w formie instrumentalnych suit koncertowych.
Bizet dokonał w Carmen rzeczy niezwykłej: stworzył partyturę, w której genialna instrumentacja staje się kluczowym narzędziem charakteryzacji psychologicznej postaci i temperatury zdarzeń. Słuchając orkiestrowej suity, obcujemy z francuską, niezwykle wyrafinowaną wizją hiszpańskiego temperamentu. Kompozytor mistrzowsko przetwarza esencję tamtejszego folkloru – czego dowodem jest słynna habanera czy porywająca seguidilla – wykorzystując ostry, słoneczny koloryt instrumentów blaszanych i perkusji. Kunszt Bizeta przejawia się w operowaniu kontrastem: obok fragmentów kipiących zmysłową energią i dumą torreadora wprowadza momenty tragicznego skupienia. Nagłe zmiany faktury i wyeksponowanie barw instrumentów solowych sprawiają, że nawet bez udziału śpiewaków orkiestra kreśli przed nami pełnokrwisty, dramatyczny teatr namiętności i śmierci.
George Enescu miał zaledwie dwadzieścia lat, gdy w 1901 roku skomponował
I Rapsodię rumuńską. Młody artysta, wykształcony w konserwatoriach w Wiedniu i Paryżu, dysponował nienagannym, zachodnioeuropejskim warsztatem, ale jego wrażliwość pozostała wierna rodzimej tradycji Mołdawii i Wołoszczyzny. Choć w późniejszych latach Enescu stworzył wiele głębokich, złożonych dzieł symfonicznych i kameralnych, to właśnie ta młodzieńcza kompozycja przyniosła mu światową sławę – ku lekkiemu niezadowoleniu samego twórcy, który obawiał się, że zdominuje ona pamięć o jego dojrzałym dorobku.
I Rapsodia rumuńska to majstersztyk formy epizodycznej, w której kontrastowe motywy łączą się w jeden płynny, łańcuchowy przebieg. Utwór rozwija się swobodnie, rezygnując z klasycznej struktury wieloczęściowej na rzecz ciągłej zmienności nastrojów. Enescu sięga tu bezpośrednio po autentyczne melodie ludowe oraz pieśni miejskich kapel (lăutari). Wplata te cytaty w elastyczną materię symfoniczną, łącząc je w procesie narastającego tempa i dynamiki. Utwór rozpoczyna się niewinnym, wręcz leniwym dialogiem klarnetu i oboju, przypominającym pasterską improwizację. Stopniowo zagęszcza się faktura, dochodzą kolejne sekcje, a kapryśna akcentacja rytmiczna nadaje muzyce potężny pęd. Melancholijny początek ustępuje miejsca nieposkromionej radości życia. W kulminacji orkiestra przeobraża się w gigantyczną, wiejską kapelę, która w zawrotnym tempie i poprzez kolorystyczne fajerwerki zmierza do porywającego, ekstatycznego finału.
Najbliższe koncerty
KalendarzBrak dostępnych koncertów.